Fot. www.pinterest.com

Nóż kontra pistolet

2014-07-27 Fot. www.pinterest.com

Indie, Zachodni Bengal, 2 września 2010 roku, godzina 0:30.
Pociąg ekspresowy z Hatii do Gorakhpuru pędził przez dżunglę zbliżając się do granicy stanu Bengal Zachodni z Dżarkandem. Pasażerowie stłoczeni w niewielkich przedziałach drzemali lub rozmawiali szeptem nie chcąc obudzić towarzyszy podróży.
Nagle rozległ się pisk hamulców i cały skład  gwałtownie się zatrzymał. Na zaskoczonych pasażerów posypał się grad bagaży z półek umieszczonych pod sufitem.
Nie mieli nawet czasu, by zaklnąć, gdy do wagonu wpadło kilkadziesiąt uzbrojonych postaci.
- Wyskakiwać z kasy! Ale już! Dawaj portfel! I laptopa też! – wnętrze wagonu wypełniła kakofonia bandyckich wrzasków.
Grożąc pasażerom bronią bandyci pośpiesznie zabierali im wszystkie wartościowe przedmioty.
W przedziale pośrodku wagonu siedział dość niski 35-letni mężczyzna. Bez słowa wyjął z kieszeni portfel i telefon komórkowy, po czym wręczył je zamaskowanemu przestępcy. Bandzior wcisnął przedmioty do kieszeni i nagle zatrzymał wzrok na młodej dziewczynie siedzącej naprzeciwko mężczyzny. Ta widząc go schowała się za starszego człowieka – zapewne jej ojca.
- Ej, nie bój się, laleczko! – zaśmiał się chrapliwie bandyta, chwycił dziewczynę za ramię i rzucił na podłogę. Potem przygniótł ją kolanem i zaczął zrywać z niej ubranie. Krzyk dziewczyny mroził krew w żyłach. Jej rodzice siedzieli jak sparaliżowani.
Mężczyzna siedzący naprzeciw powoli sięgnął za siebie, jak gdyby chciał wyciągnąć z kieszeni jeszcze jeden przedmiot…Czytaj dalej

Pierwszy lew zastrzelony przez Pattersona.

Ludojady z Tsavo

Okolice rzeki Tsavo, Brytyjska Afryka Wschodnia, 9 grudnia 1898 roku, godzina 8:00.
- Bwana! Bwana! Simba! Simba!
John Patterson wyszedł przed zeribę i zobaczył dwóch lokalnych tragarzy biegnących w jego kierunku. Zatrzymali się dysząc ciężko. Oficer spojrzał na twarze Murzynów – były popielate z przerażenia.
- Co się stało? – spytał.
Zaczęli się wzajemnie przekrzykiwać i wymachiwać rękami. Podpułkownik przywołał na pomoc całą swoją wątłą znajomość języka suahili starając się zrozumieć cokolwiek z ich bezładnej paplaniny.
Po chwili wiedział mniej więcej co się stało. Oto dwa lwy, które od niemal roku terroryzowały okolicę zaatakowały ponownie. Wkradły się do obozu hinduskich kulisów nad rzeką, na szczęście jednak nie zdołały zabić żadnego z ludzi. Zadowoliły się jednym z osłów pasących się niedaleko namiotów. W tej chwili właśnie konsumowały swoją zdobycz.
Oficer zmarszczył brwi. A więc nareszcie! W końcu ma szansę spotkać sie z nimi oko w oko! Nie może jej zmarnować! A więc trzeba działać szybko…
Wpadł jak burza do namiotu i podbiegł do stojaka z karabinami. Zawahał się na sekundę.
Czy ma wziąć swój wypróbowany karabin .303 Lee Enfield, czy też raczej ciężki dwulufowy sztucer, który zostawił mu komendant Farquhar?
Chwycił sztucer, wybiegając z namiotu porwał ze stołu pudełko amunicji i pobiegł co sił za Murzynami.
Dogonił ich, zatrzymał i polecił iść za sobą zachowując całkowitą ciszę.
Powoli skradali się przez busz. Po chwili do ich uszu doszły odgłosy uczty drapieżników – trzask kości łamanych w potężnych szczękach, nieprzyjemny dźwięk rwanego ciała i pomruk zaspokajającego głód lwa-ludojada. W powietrzu czuć było woń krwi.Czytaj dalej

acre

Mugabe, Hitler i reforma rolna

Niedaleko Harare, Zimbabwe, kwiecień 2014 roku.
National Heroes Acre to pomnik bohaterów walk o wolność Zimbabwe wznoszący się około siedmiu mil od stolicy, tuż przy drodze na Bulawayo. Wygląda, jakby został w całości przeniesiony z Phenianu. I nic dziwnego – w jego planowaniu i budowie aktywnie uczestniczyli inżynierowie z Korei Północnej.
Olbrzymi dziedziniec zamykają z dwóch stron płaskorzeźby ukazujące walkę ludu pracującego Zimbabwe, który pod wodzą Roberta Mugabe pogonił wrednych białasów i ustanowił rządy równości i sprawiedliwości społecznej (to żart…). Przed wejściem do muzeum rewolucji antykolonialnej stoi Pomnik Nieznanego Żołnierza – trzy brązowe postaci ze sztandarem.
Centralnym punktem National Heroes Acre jest czterdziestometrowa granitowa wieża zwieńczona monstrualnym ostrzem włóczni. Ustawiona jest na szczycie wzgórza, i by do niej dotrzeć trzeba pokonać kilkaset schodów. Ze szczytu rozciąga się wspaniały widok na Harare.
Na zboczach wzgórza pochowani są bohaterowie walk o niepodległość kraju. Ich nazwiska są także wyryte na granitowych płytach stojących na dziedzińcu.
Tego dnia piątka białych ludzi była jedynymi zwiedzającymi. Obejrzeli płaskorzeźby, wspięli się na wzgórze, wykonali mnóstwo zdjęć – jak to turyści.
Kiedy zmierzali z powrotem do samochodu dwóch z nich zatrzymało się przy czarnej płycie z wyrytymi nazwiskami zimbabwańskich bohaterów.
Jedno nazwisko szczególnie przykuło ich uwagę…Czytaj dalej

Operatorzy GIGN na pokładzie samolotu. Fot. www.flo.livezon.com

Francuski pazur

Algier, lotnisko Houari-Boumediene, 24 grudnia 1994 roku, godzina 11:15.
Francois Chavier, francuski inżynier pracujący na kontrakcie w Algierii rozsiadł się wygodnie na swoim fotelu w kabinie pierwszej klasy Airbusa linii Air France i uśmiechnął się do żony i kilkunastoletniego syna. Jeszcze tylko dwie godziny lotu i zobaczą się z resztą rodziny w Paryżu.
Na pokład samolotu weszło czterech ludzi w uniformach Air Algerie. Grzecznie poprosili pasażerów o okazanie paszportów.
Nikogo to nie zdziwiło. Wszyscy pomyśleli, że to zwykła formalność. Ot, jeszcze jedna drobna niedogodność, która nie powinna nikogo dziwić w kraju ogarniętym wojną domową.
Mężczyźni zaczęli przeglądać okazane dokumenty. Francois Chavier podał paszporty żony, syna oraz swój temu, który stał najbliżej. Po czym spojrzał przez okno.
Do Airbusa podjechał jeep, z którego wyskoczyło kilka ubranych na czarno postaci z kałasznikowami w rękach. Poznał ich. To żołnierze Algierskich Sił Specjalnych zwani powszechnie „ninja” – częsty widok na ulicach Algieru w tym niespokojnym czasie. Ale co oni robią na lotnisku?
Mężczyźni przeglądający dokumenty pasażerów też ich zauważyli. Ten, który znajdował się najbliżej Francoisa krzyknął coś po arabsku do swojego towarzysza stojącego przy drzwiach samolotu. Tamten coś odkrzyknął i natychmiast je zamknął.
Czterej mężczyźni jak na komendę zrzucili z siebie uniformy Air Algerie. Każdy miał na sobie kamizelkę taktyczną z granatami i magazynkami. Trzech z nich, uzbrojonych w izraelskie pistolety maszynowe Uzi wpadło do kokpitu. Czwarty wycelował kałasznikowa w przerażonych pasażerów.
- Wszyscy zostają na miejscach! Allah jest wielki! – krzyknął.Czytaj dalej

Na pokładzie transportowca C-141 Starlifter w momencie oderwania się od pasa startowego w Hanoi.

Powrót do domu

Hanoi, lotnisko Gia Lam, 12 lutego 1973 roku, godzina 11:00.
Nawigator podpułkownik James Warren stał na baczność i dłonią przyłożoną do czoła salutował w milczeniu ludziom wprowadzanym pojedynczo na pokład transportowca. Byli identycznie ubrani w szare koszule i czarne spodnie. Nie to jednak zwróciło jego uwagę. Zauważył, że wszyscy mieli taki sam wyraz twarzy.
Kamienny, nieruchomy, obojętny, kompletnie bezekspresyjny… Ich oczy wpatrywały się w jakąś nieokreśloną dal. Wyglądali, jakby na twarzach zastygły im maski.
Wprowadzani pojedynczo na pokład Starliftera przez członków załogi zajmowali miejsca w przedziale pasażerskim. Siadali na fotelach, zapinali pasy i zastygali w nieruchomej pozie.
Jeszcze nie wierzyli. Wycieńczeni, schorowani, storturowani, ze zmasakrowaną przez lata niewoli psychiką nie zdawali sobie sprawy, że to wszystko dzieje się naprawdę. Myśleli, że to tylko piękny sen, z którego za chwilę się obudzą.
Kilkanaście minut później potężny samolot transportowy C-141 Starlifter pokołował na pas startowy. Rozpędził się i po chwili oderwał kołami od wietnamskiej ziemi.
W tym momencie na jego pokładzie rozległ się krzyk radości pomieszany z płaczem. Czterdziestu ludzi, którzy przed chwilą przypominali woskowe figury ściskało się nawzajem, śmiało, płakało, tupało nogami z radości.
Wreszcie uwierzyli, że wracają do domu.Czytaj dalej

Stefan Zbigniew Misiewicz

Z Kujaw do Rodezji

Związek Południowej Afryki, Północny Transvaal, październik 1941 roku.
- Piwo poproszę!
Barman obrzucił niechętnym wzrokiem jedynego jak narazie klienta przybytku. Nalał kufel miejscowego sikacza i pchnął go po blacie. Mężczyzna w brytyjskim mundurze łapczywie pociągnął kilka łyków.
Nagle popołudniową ciszę górniczego miasteczka przerwało wycie kilkunastu syren.
– Co to znaczy? – mężczyzna spytał barmana.
Ten wzruszył ramionami.
– Fajrant! Górnicy skończyli pracę i za chwilę tu przyjdą.
Po czym dodał w myślach „A ty lepiej dokończ to piwo i spieprzaj stąd Brytolu jeśli ci życie miłe…”
Rzeczywiście. Kilka minut później drzwi pubu otworzyły się szeroko i do środka wlała się fala umorusanych Afrykanerów. Wnętrze wypełnił gwar głośnych rozmów, pokrzykiwań i śmiechów.
Mężczyzna w brytyjskim mundurze przesunął się na sam koniec baru i powoli kończył swoje piwo. Nagle na jego ramieniu wylądowała ogromna, brudna łapa. Odwrócił się. Przed nim stał potężny Afrykaner o posturze niedźwiedzia.
– Ej ty! Chodź na zewnątrz!
Mina faceta nie pozostawiała najmniejszych wątpliwości co do jego zamiarów.
Co było robić? Mężczyzna w mundurze wstał z krzesła i skierował się ku drzwiom. Gwar w knajpie nagle umilkł. Wszyscy wiedzieli co się zaraz stanie i oczywiście też wylegli na zewnątrz.
Afrykaner silnie pchnął żołnierza. Ten nie pozostał mu dłużny. Zebrał się w sobie i z całej siły uderzył napastnika w twarz.
Miał wrażenie jakby walnął pięścią w kowadło.
Górnicy utworzyli koło wokół walczących i zaczęli głośno dopingować swojego kumpla.
– Dawaj Pieter! Wal Brytola! W mordę go!
Żołnierz nie zdążył się schylić i pokryta pyłem węglowym pięść wielkości bochna chleba uderzyła go w lewy policzek.Czytaj dalej

Sladami2_3D

„Śladami zapomnianych bohaterów – tom 2″ już w księgarniach!

Kochani! Z wielką radością i dumą oznajmiam Wam, że drugi tom mojej książki jest już w sprzedaży! Na ponad sześciuset stronach znajdziecie najciekawsze artykuły opublikowane na blogu w latach 2011 – 2012. Książka jest dostępna w księgarniach w całym kraju oraz w sprzedaży wysyłkowej na stronie poznańskiego Wydawnictwa Vesper.
Miłej lektury!… Czytaj dalej